wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział IV

* ELIOT*


Zoey- Czym są Alexander i Dommic?


Wiedział, że kiedyś ta chwila nadejdzie. Czy ma powiedzieć prawdę dziewczynie, którą zna niecałe dwa dni? Przecież to nawet nie jest jego tajemnica. Chłopaki go zabiją. Nie umiał kryć tego przed nią. Działała na niego jak magnes. Chyba pomimo wszystkiego odpowie jej szczerze...

Eliot- wampirami -powiedział to o wiele pewniej niż się czuł


W jego ciele wszytko szalało. Niepokój się szerzył i przechodził w chęć ucieczki i zapadnięcia się pod ziemię. Jednak po chwili stawał się w głuchą rozpaczą. Serce biło mu jak oszalałe wyczekując na odpowiedź. Bał się że Zoey zaraz ucieknie stąd z krzykiem. Jednak nie usłyszał krzyku. Wiedział, że dziewczyna wciąż idzie obok niego. Spojrzał na nią kątem oka. Nie widział po niej strachu, lecz zaskoczenie. Wyraźnie rozmyślała sobie coś w głowie.

Eliot- wszystko ok? -zapytał zatroskany


Gdy zadał to pytanie to tak jakby wyrwał ją z transu.Po chwili jednak usłyszał ostrożnie dobierane słowa.

Zoey- co? A. oh, przepraszam. Raczej nie. Już kiedyś słyszałam o wampirach. Podejrzewałam moją najlepszą przyjaciółkę o zadawanie się z nimi. Zanim zdążyłam się jej o to spytać, ona już była martwa. Nie chcę przerabiać tego na własnej skórze. Jak doprowadzisz mnie do mojego hotelu, to wyjadę.

 

Coś w nim pękło. Miał wątpliwości czy dobrze postąpił mówiąc jej to. 
trzynaście, piętnaście, szesnaście...
Zawsze gdy się denerwował, liczył w myślach. To go uspokajało. Starał się myśleć o innych problemach, w nadziei, że odciągną go od tego całego zamieszania z Zoey. Wiedział, że nie może jej stracić. Za wszelką cenę będzie pragnął ją odzyskać. Całą drogę szli w milczeniu, więc mieli czas na przestudiowanie tego po kilka razy. 
sto czterdzieści dwa, sto czterdzieści trzy, sto czterdzieści cztery...

Eliot- gdzieś tu powinien być mój samochód. Alex powiedział, że i tu go zaparkuje.

 

Cisza. Żadnej odpowiedzi. To powoli stawało się denerwujące. Wpatrywał się w dziewczynę idącą obok niego i zastanawiał się, jakim cudem ktoś taki jak ona jest aż tak samotny. Była zdecydowana, inteligentna, odważna... O! Jest samochód. Biały ford mondeo stał zaparkowany na leśnej ścieżce. 

Eliot- Gdzie jest twój hotel? 

 

Podała mu adres, który po chwili wbił do GPS. 

Eliot i Zoey- słuchaj...

 

Eliot *uśmiechnął się*- ty pierwsza

 

Zoey- niby nie chcę skończyć jak Ann... ale też nie chcę mieć zwykłego nudnego życia. Od zawsze wierzyłam w magię. Jako dziecko bawiłam się w czarownicę i za każdym razem działo się coś nierealnego. Wiem, że brzmię teraz dla Ciebie jak wariatka, ale nie chcę stwarzać pozorów normalności. Chyba jednak zostanę w tym mieście na dłużej.

 


Ich rozmowa weszła na inny tor i po paru minutach swobodnie ze sobą rozmawiali i się śmiali. Niestety hotel Zoey był blisko i szybko zajechali na miejsce. To było kilka najlepszych minut w życiu Eliota. Zatrzymali się pod dużym niebieskim budynkiem i dokończali rozmowę. Zoey już zbierała się do wyjścia.

Zoey- i wtedy zrozumiałam, że Ann jest najba...

 

Przerwał jej  niespodziewany pocałunek ze strony chłopaka. Był pełen szczęścia i  ulgi. 




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

*ZOEY*

 

 Weszłam do pokoju. Wyglądał zwyczajnie. Gdy zamknęłam za sobą drzwi  przemyślałam sobie cały dzień. Wbrew pozorom nie był aż taki zły. Oparłam się o ścianę i zjechałam w dół zasłaniając twarz w dłoniach. Pomyślałam jeszcze raz o tym pocałunku. Tak. Na pewno tutaj zostanę. Chociażby dla Eliota. Rozpuściłam swoje długie włosy i poszłam zmyć z siebie krew. 


Położyłam się na łóżku i marzyłam żeby w końcu zasnąć.

-Zoey! O, tutaj jesteś! Wszędzie Cię szukałem!- 
Podbiegł  do mnie zadyszany Eliot. Po jego oddechu słychać było, że biegł.
-Co się stało El?-
Zapytałam zaciekawiona.
-Musimy uciekać! Szukają nas wampiry Sylviana.-
O czym on mówił? Jakie "nas"? Przecież oni pewnie nie mieli nawet pojęcia o moim istnieniu
-Jakiego Sylviana? O czym ty gadasz? Nigdzie nie idę-
Byłam coraz bardziej wkurzona. Nikt nie będzie mi rozkazywał.
-Proszę Zoey! Rusz się!-
Użycie "proszę" lekko zmieniło moje nastawienie, ale nadal nie wiedziałam o co chodzi.
-gdzie właściwie mielibyśmy uciec?-
Dopiero teraz się zorientowałam, że byliśmy w jakimś budynku na środku pustkowia. O ile dobrze kojarzę, to był zbudowany w stylu wiktoriańskim.
-Dominic coś wymyśli!-
"Yhymm... jaasne..." pomyślałam.
-nigdzie nie idę! ostatnim razem prawie przez niego umarłam!-
-ale nadal tu stoisz! żywa!-
To gadanie było bez sensu. Chciałam wiedzieć o co tutaj chodzi.
Usłyszałam huk. Ktoś przeszył serce Eliota na wylot drewnianym kołkiem. 
-Nie! Eliot! Odezwij się! Fakt, ja stoję żywa! Teraz twoja kolej! Proszę-
Szlochałam nad martwym ciałem. 
-Proszę, proszę... widzę, że twój chłopak oddał życie za twoją głupotę i nieufność. ale jesteś samolubna!-
Usłyszałam głos z francuskim akcentem. To chyba był ten cały Sylvian, chociaż nie miałam pewności.
-nie prawda! to ty go zabiłeś!-
Czułam jak się rozpadam. Wokół była krew i zwłoki niewinnych ludzi... chyba ludzi.

rzuciłam się na niego, lecz on odskoczył w bok. No tak, przecież to wampir.
-już po tobie mała [CENZURA]-
i skręcił mi kark...

Obudziłam się zdyszana i spocona.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA I OCENIANIA. TO MNIE BARDZO MOTYWUJE :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Rozdział III

Gdy zamknęłam oczy, to tak jakby odpłynęłam z tego świata. Ból, panika i strach mnie opuściły. Myślę, że umarłam. Nie miałam innego wyjaśnienia. Zabrzmi to trochę dziwnie, ale przez chwilę nawet czułam się zrelaksowana i bezpieczna... tak, na pewno umarłam. Nie dochodziły do mnie głosy, obrazy i zapachy z realnego życia. Byłam w niemej pustce. Moje życie stanęło. Wydawałoby się, że miałam godziny na rozmyślenia o moim położeniu. Niestety- nie było tak. Wciąż żyłam. Powoli otwierałam oczy, widząc idącego w moją stronę, z początku rozmazanego mężczyznę o groźnej minie. Słyszałam tylko swój nerwowy oddech i jego śmiech. W oddali był Alexander i Dominic.
  Te "super przygody" zapewniły mi osoby, które znałam zaledwie dzień. Ja to mam szczęście... Mężczyzna, który nas złapał i tutaj przywlókł znów podszedł w moją stronę i rozciął mi kawałek dłoni. Tym razem zamiast nalać ją do kubka, przyłożył swoje usta do rany i powoli sączył z niej moją krew. To było dość dziwne uczucie... pewnie gdyby był delikatniejszy to byłoby to nawet przyjemne. Ale w tym przypadku było to bardzo bolesne.

Zoey- aaaaaa! -wyrwało mi się instynktownie. 

 

Mężczyzna - nie krzycz... to zaledwie początek *uśmiechnął się do mnie szyderczo* 


Nasz jak dotąd pewny siebie porywacz w ułamku sekundy osunął się na ziemię. Dopóki nie zauważyłam Alexa tuż za nim, nie wiedziałam o co chodzi. Alexander trzymał w dłoni jego serce. Jak je zobaczyłam to myślałam, że moje zaraz wyskoczy. ON GO ZABIŁ! Jak on tak mógł! Rozumiem, że trzeba się jakoś bronić, ale to już była przesada. 


Alexander *do martwego ciała*- no twój, to chyba koniec 


Zoey- żądam natychmiastowego wyjaśnienia! - krzyknęłam oburzona

 

Alexander *mówiąc jakoś dziwnie i parząc się prosto w moje oczy*- będziesz siedzieć cicho. uciekniemy stąd, a później zapomnisz, że takie coś miało miejsce.

 

Zoey- zupełnie nie rozumiem co to miało znaczyć, ale nie będę siedzieć cicho. A już w ogóle nie pójdę nigdzie z tobą! ...morderco... -to ostatnie wypowiedziałam sobie pod nosem

 

Alexander *zmieszany*- no tak... emm... O! Dominic! -celowo zmienił temat -właśnie! trzeba go uwolnić z tego cholerstwa -powiedział, po czym zabrał się do roboty

 

Zoey- właściwie... to jak ty się wydostałeś?

 

Aleksander- poprosiłem o pomoc spidermana

 

Ewidentnie ukrywał coś przede mną. Tylko co? Stwierdziłam, że nie będę go teraz pytać, bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Całą "akcję-ucieczka" przemilczeliśmy. Eliot i Dominic ledwo szli na własnych nogach więc wzięliśmy ich pod ramię. Gdy znaleźliśmy wyjście z tego labiryntu pomieszczeń i już prawie wyszliśmy- coś nas zatrzymało. To były jakieś ludzkie głosy.

  Eliot- ok. dam radę już iść. możesz mnie puścić. Pójdziesz zobaczyć z Alexem czy nikogo nie ma w tamtym korytarzu?

 

Popatrzyliśmy po sobie z Alexandrem i z niechętnymi minami zrobiliśmy co powiedział. W korytarzu było pełno gruzu. Nasze kroki odbijało głośne echo. Wydawałoby się, że nikogo tam nie ma. Jednak jedne z drzwi po bokach ścian były uchylone, a ze środka dochodziły dźwięki. Mój towarzysz poszedł sprawdzić co się tam dzieje. Przyznam- ja nie miałam odwagi iść tam z nim. 

Alexander- hmmm... a kogo my tutaj mamy? mogłem się domyślić, że zastanę tutaj ciebie zdrajco. 

 

? (Kobiecy głos)- ty żałosna pijawko, naprawdę myślałeś, że cię lubię? Hahaha ale jesteś naiwny


Alexander- nie jestem w nastroju

 

Usłyszałam kobiecy krzyk. I pech chciał, że akurat wtedy drzwi się uchyliły. Zobaczyłam tam kolejną zbrodnię w wykonaniu Alexandra. Dziewczyna była piękna. Miała nieskazitelną cerę, ciemne, gęste włosy i idealną figurę. Zabójca oderwał jej głowę w sposób bardzo brutalny. Jak on to zrobił? Przecież człowiek na ma tyle siły żeby oderwać komuś głowę? To było o wiele za dużo jak na dziś.

Wybiegłam stamtąd ile sił w nogach. Z oczu poleciały mi łzy, a w głowie kłębiło się multum myśli. Biegłam prawie że na oślep. Nie wiedziałam dokąd zmierzam, ale liczyłam na to, że w stronę wyjścia. Nie wiadomo skąd przede mną pojawił się Alexander, który był daleko za mną... jak on to zrobił? 

Alexaner- chodź i nie marudź. Jak wrócimy do domu to wszystko Ci wyjaśnimy... *pod nosem* a potem upuścimy z ciebie krew i sprawimy, że zapomnisz o całej tej sytuacji. 

 

Zoey- co?! Nigdzie z tobą nie idę

 

Odwróciłam się z zamiarem ucieczki w, lecz z drugiej strony stali Dominic z Eliotem. Ci też trzymają ze spidermanem? Ehh... 

Eliot- a ze mną pójdziesz?

 

Przez jego minę zbitego psa musiałam się zgodzić. Eliot załatwił z Alexandrem i Dominicem, że my będziemy szli za nimi daleko od siebie. Korytarze były wąskie i kręte. Droga się dłużyła, a ja w całym tym czasie rozmyślałam nad sensem tego co dziś widziałam. Najpierw wymieniłam sobie w głowie wszystkie dziwne rzeczy. Później myślałam czy to jest normalne i doszłam do tego, że mam do czynienia z czymś nadnaturalnym. Ale z czym? Czy mogłam zaufać Eliotowi? Moje rozmyślenia przerwał blask księżyca, który przez chwilę mnie oślepił. Nareszcie. Wyszliśmy z tego miejsca.

 

Eliot- dobra. To Wy *zwrócił się do Alexa i Dominica* już idźcie, a ja odprowadzę Zoey.

 

Zoey- chcę wracać sama- powiedziałam naburmuszona


Eliot- a czy stąd trafisz do domu?

 

W sumie to kompletnie nie wiedziałam gdzie jesteśmy, a mój telefon nie łapał zasięgu. Jednak wciąż uparta musiałam udać zdecydowaną. 

 

Zoey- trafię

 

Eliot- ok - powiedział po czym zawrócił na pięcie i ruszył w głąb lasu

 

Poczekałam, aż odejdzie na dość dużą odległość. Nie wiedziałam w którą stronę iść. mam iść za nim? Przecież wyszłabym wtedy na przegraną. Co ja teraz zrobię? Zdenerwowana pobiegłam w jego stronę. Na szczęście nie odszedł daleko

Zoey- poczekaj - wykrzyczałam zasapana - chyba jednak muszę iść z tobą

 

Eliot- tak myślałem - uśmiechnął się

 

Zoey- ale musisz mi odpowiedzieć na parę pytań

 

Eliot- to znaczy...?

 

Zoey- masz odpowiedzieć na wszystko szczerze. dlaczego nas porwano? 

 

Wiem, że byłam trochę nachalna, ale po dzisiejszym dniu miałam do tego całkowite prawo

Eliot- mieliśmy niedokończone sprawy

 

Nic z tego nie rozumiałam, ale kontynuowałam "wywiad".

 

Zoey- po co porwali też mnie? Skąd wiedzieli, że jestem u ciebie?

 

Eliot- nie wiedzieli. Porwali Cię bo stwierdzili, że będziesz naszą kartą przetargową



Ja kartą przetargową!? "nie daj się ponieść emocjom, nie daj się ponieść emocjom, nie daj się ponieść emocjom, nosz nie wytrzymam! nie daj się..."

 

Zoey- o jaki korzeń im chodziło?

 

Eliot- tak naprawdę, chodziło im o inny przedmiot. My nazywamy go korzeniem, ale on nie ma nic wspólnego z roślinnością.

 

Zoey- czyli o jaki?

 

Eliot- chodziło... o taki rodzaj broni

 

Zoey- ha! Już wiem! Należycie do mafii czy czegoś takiego?


W mojej głowie zabrzmiało to lepiej...

Eliot- nie - zaśmiał się

 

On coś przede mną ukrywał. Musiałam zdobyć najważniejszą odpowiedź- jego tajemnicę

 

Zoey- dlaczego Alexander zabił naszego porywacza?

 

Eliot- on ratował twoje życie!

 

Zoey- a ta dziewczyna? Też mnie ratował? *sarkazm*

 

Eliot- ta dziewczyna to była prawdziwa żmija. To przez nią nas porwali

 

 

Zoey- ale czemu od razu ją zabił?!

 

Eliot- Alexander ma słabe nerwy...

 

Zoey- ehh.. widać. jak mnie tak szybko dogoniliście w tym korytarzu?

 

Eliot- to było blisko 

 

Zoey- tak. Jasne. A ta prawdziwa wersja?

 

Eliot- powiedzmy... że Alexander i Dominic nie są zwykłymi szarymi ludźmi.

 

  Z jednej strony ciekawiło mnie to coraz bardziej i musiałam dalej grać niewzruszoną. Ale z drugiej nie wiem czy chciałam znać odpowiedzi, bo wchodziliśmy w coraz mroczniejsze rzeczy.

Zoey- czym są Alexander i Dominic?

 

Po dłuższym namyśle dostałam długo oczekiwaną odpowiedź.

 

Eliot- wampirami

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

PRZEPRASZAM, ŻE MUSIELIŚCIE TAK DŁUGO CZEKAĆ (JEŚLI W OGÓLE KTOŚ TO CZYTA) ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA :)

 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział II

Powoli zbliżała się 19. denerwowałam się, chociaż nie wiem czym. Chciałam wypaść jak najlepiej. Włożyłam nowe spodnie, ulubioną koszulę, uczesałam się w koka i założyłam kolczyki pod kolor szminki. Brakowało już tylko jednej rzeczy- szpilek. Gdy byłam całkowicie gotowa, wyszłam z hotelu, w którym gościłam na 3 dni. Bardzo bałam się o stan zdrowia tego kruchego blondyna... nie sądzę żeby był dziś w pełni sił. Muszę się go dopytać dlaczego tak szybko "zgodzili się" go wypuścić. To wszystko dzieje się tak szybko... 

Całą drogę układałam sobie w głowie dialogi, które i tak się nie odbędą. Tak właściwie, to nie wiem gdzie jechałam. Adres na kartce był mi obcy. Domyślałam się, że jest to jego dom, bo droga wiodła poprzez lasy, pola i działki z domami. "Jesteś u celu" powiedziała mi nawigacja, pozostawiając mnie pod domem z bujnym ogrodem i jakimś budynkiem z tyłu. Niepewnie wyszłam z samochodu i podeszłam do drzwi. Nim zadzwoniłam zdążyłam się zawahać chyba ze 100 razy. Eliot otworzył mi drzwi z rumianym uśmiechem na twarzy. Ja od razu też się zaczerwieniłam... ale już nie tak słodko jak on.


Eliot- hej -powiedział mając pełnię sił i wyglądając na super zdrowego. O co tu chodziło?


Weszłam do środka i przed moimi oczyma pojawił się piękny salon z zielono-brązowymi ścianami. Po zapachu od razu wyczułam kuchnię.

Zoey- masz ładny dom - powiedziałam, bo nie miałam innego pomysłu jak przerwać tą krępującą ciszę.


Eliot- dziękuję. Właściwie... to jak masz na imię? Bo przez tę sprawę ze szpitalem nie zdążyłem się spytać.


Zoey- rzeczywiście. Jestem Zoey. O tobie słyszałam, że jesteś Eliot.


Eliot- nie. wszyscy tak do mnie mówią i niech tak zostanie.


Zoey- jak sobie życzysz *uśmiech* czemu akurat w takiej wiosce mieszkasz?


Eliot- moją pasją są konie. Tutaj mogę je mieć przy sobie.


Zoey- Też kiedyś jeździłam... ciekawe ile pamiętam - pomyślałam sobie, że może do tego wrócę.

 To była świetna pasja. no przecież! Ten budynek z tyłu to stajnia. Że też nie pomyślałam


Eliot- może chcesz się przekonać? Możemy iść i sprawdzić twoje umiejętności.


Właściwie to bardzo spodobał mi się ten pomysł. Eliot obiecał, że da mi najspokojniejszego konia jakiego ma. Tym koniem okazał się spokojny profesor- Hejnał. Namówiłam go, żeby też wsiadł.

Gdy nasze konie były już osiodłane, wsiedliśmy i jechaliśmy stępem. Przy kłusie na początku miałam problemy, ale później stopniowo sobie przypominałam. Zagalopowanie mi kompletnie nie wychodziło, ale Eliot na Kindze pędził, aż się kurzyło.


Eliot- hej, rozchmurz się - próbował mnie pocieszyć - każdy kiedyś zaczynał


Zoey- wiem, wiem...


Zsiadłam i zaprowadziłam konia do stajni, żeby popatrzeć na Eliota jeżdżącego na Kindze. To jest chłopak dla mnie- pomyślałam. Miły. Gościnny. Z pasją. Inteligentny. Coś czułam, że chyba mi się podobał... no i te motylki w brzuchu na jego widok.
 Jak wróciliśmy, El oprowadził mnie po domu. Byłam w każdym pomieszczeniu poza "schowkiem ma miotły". Czułam, że kryje się za tym jakiś sekret, bo od razu próbował zmieniać temat. Później podał kolację. Przy jedzeniu rozmawialiśmy o naszym niecodziennym spotkaniu. Jak podczas rozmowy wspomniałam mu że jestem w tym mieście tylko do jutra, okropnie posmutniał. Opowiedziałam mu moją sytuację rodzinną i zdawało się, że mnie rozumiał.


Eliot- a może zostaniesz tutaj na dłużej? Moi znajomi załatwią Ci jakiś dom...


Uratował mnie dzwoniący telefon. Zapewne nie wiedziałabym co odpowiedzieć i powiedziałabym jakąś bzdurę. Ale ta rozmowa chyba nie była normalna. Z tego co słyszałam brzmiało to tak:


Co?... wolniej... czemu?... przecież nie zdążymy... kto?... a co z wami?... to przyjedźcie jak najszybciej... ok, poradzimy sobie...


Ta rozmowa była dziwna.


Eliot- kurczę... -powiedział zakłopotany - musisz coś wiedzieć... bo ja... -mówił to nerwowo szukając czegoś w domu- nie. Inaczej. Wiem, że ciężko Ci będzie to zrozumieć ale... -usłyszałam huk.

Zamarliśmy

 Eliot- schowaj się! -wykrzyczał.

Na jego rozkaz weszłam do rzekomego schowka na miotły. Chcąc ukryć się jak najlepiej przykleiłam się tylnej ściany. Odsunęłam miotły i jak już miałam wejść między nie, wstrząsnęło mną. Cała ściana była w sejfach i skrytkach. Był otwarty jeden sejf i 2 skrytki za ścianą. W sejfie było pełno buteleczek z płynem, wyglądającym na krew. Chociaż miałam szczerą nadzieję, że to sok wiśniowy lub wino. Skrytki były pełne drewnianych kul i jakichś ziół, które wcześniej widziałam u Ann. Moje zdziwienie, którego po części się spodziewałam przerwał krzyk chłopaka. Nie miałam wyboru. I tak wybrałam słabą kryjówkę. Wyszłam, żeby mu pomóc i zobaczyć co się dzieje. No pięknie. I znów mną wstrząsnęło. Zobaczyłam 6 uzbrojonych mężczyzn.


Mężczyzna 1- tam jest dziewczyna! Łapcie ją!


Przyznam szczerze że nie mieli ze mną dużego problemu. Byłam powolna i mało zwinna. Dostałam czymś w głowę i upadłam. Całą resztę widziałam jak przez mgłę, a dźwięki były głuche. Otoczył mnie zapach krwi w pomieszczeniu. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Przed oczyma nie wiadomo skąd pojawił mi się Alexander, próbujący mnie stamtąd wyciągnąć. Był tam też Dominic, który rzucił się na mężczyzn, ale po dłuższej chwili został postrzelony w nogi. Nie pamiętam dokładnie tego co tam się działo, ale wtedy Alexander chyba też upadł razem ze mną. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam było to, że wstrzyknięto im jakieś świństwo. Jak tylko to przeżyję to zabiję wszystkich. Szczególnie Eliota.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaczęłam odzyskiwać przytomność. Leżałam na jakimś stole. Moje ręce i nogi były przywiązane tak, że zwisały luźno. Nadgarstki mnie piekły jak nigdy dotąd. Obok mnie leżał Eliot, tak samo przywiązany. On jeszcze się nie ocknął. Znajdowaliśmy się w jakiejś starej piwnicy. Ściany były stare i ceglane. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Nagle poczułam ból. Jak spojrzałam na przyczynę zobaczyłam nóż rozcinający moje dłonie. Ktoś nalewał mojej krwi do kubka. Odwróciłam wzrok mając nadzieje, że to coś pomoże. Niestety. Nie pomogło.

Zobaczyłam za to Alexa i Dominica przywiązanych do filarów. Alexander jeszcze był nieprzytomny. Chyba jednak cieszyłam się, że leżę tu na stole, a nie mam tego co oni. Ich ciała były porozcinane i poparzone.


mężczyzna 1- o patrzcie! Śpiąca królewna wstała! No to czas się zabawić.


Mężczyzna 2- nie tak szybko. Może nam coś powiedzą.


Mężczyzna 1- ok. Spróbujmy. *zwraca się do Dominica* gdzie jest korzeń? -nie przesłyszałam się? Szukali korzenia? Po co im korzeń? Gubiłam się w tym. Mimo warunków w jakich się znajdowałam mój umysł rzucił mi hasło "szaleni ekolodzy" 


Dominic- nic Ci nie powiem!


Mężczyzna 2- szkoda. Taka ładna dziewczyna, a musi płacić za waszą upartość...


Zaczął się do mnie zbliżać z dziwnym narzędziem w ręku. Zacisnęłam oczy.



środa, 5 listopada 2014

Rozdział I

                            
Postanowiłam że wyjadę z rodzinnego miasta. Tutaj mieszczą się wszystkie moje wspomnienia. Te dobre jak i te złe... ale zdecydowana większość to jednak te złe. Musiałam ruszyć dalej z życiem. Mieszkałam z ciotką i 2 siostrami. Atmosfera w domu zawsze była nie do zniesienia. Zawsze byłam pomiatana przez ciotkę Marię. Moje siostry miały zawszę trochę lepiej, ale w sumie to nie było wielkiej różnicy. Camielle zawsze ulegała i podporządkowywała się zdaniu ciotki, a Gwen ciągle pracowała i przychodziła do domu tylko na noc. Rodzice zostawili nas gdy byłyśmy małe. Najgorsze jest to, że 3 dni temu zmarła mi przyjaciółka... Ann była jedyną osobą która trzymała mnie przy zdrowym rozsądku. Stwierdzono że zmarła wskutek ataku zwierzęcia, choć w to nie wierzę. Przed śmiercią zachowywała się dziwnie i ewidentnie coś ukrywała. Była jedyną osobą na której mi tak naprawdę zależało, a ona nie chciała mi zaufać i powiedzieć co ją dręczy. Tęskniłam za jej blond lokami i szerokim uśmiechem którego widziałam co dzień.


 -Zoey! Zostań! - przerażony głos dochodzący z przedpokoju wyrwał mnie z tych dołujących myśli. To była ciotka.

Nigdy się mną nie interesowała, więc dlaczego akurat teraz? Ciągle tylko piła i narzekała. Ehh... Kończyłam pakowanie się. Rozejrzałam się po pokoju. Był mały, ale zawsze niezawodny. Meble były w kolorze ciemnego drewna, a ściany lawendowe. W tym miejscu spędziłam moje dzieciństwo.
Meble, zawsze załadowane po same brzegi- teraz były puste. Czy nie będzie mi brak tego miejsca? Tych moich własnych czterech ścian? Czy będę w stanie zostawić te meble, które w dzieciństwie były moją bazą? Czy... do pokoju weszła Camille ze spuszczoną głową. Była ode mnie młodsza o 2 lata. Nie byłyśmy ze sobą związane ale z całej rodziny to jej najbardziej ufałam.


Camielle -Dlaczego wyjeżdżasz?- spytała się niepewnie cichutkim tonem.

Dobrze znała odpowiedź na to pytanie. Zapewne spytała się mnie o to, tylko dlatego że nie miała innego pomysłu. Spojrzałam jej głęboko w wielkie piwne oczy, po czym odwróciłam wzrok i wróciłam do pakowania walizek. Camielle nadal się we mnie wpatrywała jak dziecko na matkę która nie chce mu kupić lizaka. Wywróciłam oczyma i znów odwróciłam się w jej stronę.


Zoey- co chcesz usłyszeć? "Chciałam wyjechać bo nie mam zamiaru tutaj przebywać ale twoje pytanie odmieniło moją decyzję?" *cisza* To raczej się zawiedziesz -byłam już powoli zirytowana.

 Nerwowo zapakowałam ostatnią pamiątkę po Ann do wielkiej czarnej torby. Wzięłam ją pod ramię i wyszłam, szturchając ją ramieniem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Pojadę do Gloom, małego miasteczka we Francji. Wynajmę tam hotel na 3 dni i ruszę dalej. Jeszcze nie wiem gdzie, ale obstawiam Bułgarię. Zanim na stałe się gdzieś przeniosę, chcę pozwiedzać wielki świat. Jadąc samochodem wszystko wydawało się być nieruchome i najzwyczajniej w świecie nudne. Droga dłużyła się, a ja oglądałam wielki świecący księżyc lekko osłonięty chmurami. Po pewnym czasie księżyc zniknął za drzewami i wróciłam do punktu wyjścia-nudy. Nie powinnam tak potraktować siostry... ona chciała przecież jak najlepiej. Postąpiłam egoistycznie... przecież i tak nie ucieknę od problemów. Jeszcze wczoraj cały mój pomysł z wyjazdem był taki świetny, a teraz miałam co do niego wątpliwości. Stop-odgoniłam od siebie te wszystkie myśli i skupiłam się na drodze.

Po trzech godzinach powoli zaczynałam przysypiać, więc zatrzymałam się w restauracji ze ślicznym oświetleniem na zewnątrz. Weszłam do środka i zaczęłam szukać wzrokiem wolnego miejsca. Ściany były pomalowane na czerwono-szaro, choć i tak na większości wisiały obrazy przedstawiające maki i inne czerwone kwiaty. Po restauracji roznosił się zapach jedzenia. Usiałam i zamówiłam obiad. Nie musiałam długo czekać, więc nie miałam okazji na przysypianie. Do baru weszli trzej mężczyźni w czarnych kurtkach. Byli strasznie seksowni ( *o* ) . Pierwszy- najseksowniejszy. cały na czarno, miał czarne rozwichrzone włosy i ciemne okulary. Szedł przodem i widać było że "dowodzi". Drugi- seksowny blondyn o niebieskich oczach, popatrzył się na mnie, uśmiechnął się i odwrócił wzrok podążając za tym pierwszym. Trzeci- zabiegany szatyn. Miał śliczną oliwkową cerę. Dobiegł do reszty trzymając w dłoniach jakieś papiery i dyskutując o czymś. Usiedli przy stoliku obok mnie i zaczęli rozmawiać. Z początku cicho ale ciągle zwiększali ton.

Mężczyzna w ciemnych okularach- zamknijcie się! Tutaj są ludzie!



Szatyn- Alexarder! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - a więc ten cały na czarno nazywał się Alexander... *uśmiechnęłam się* - jeśli zrobimy po twojemu, wszystko legnie w gruzach!!


Blondyn- uciszcie się! Chyba nie chcecie robić tu sceny!


Alexander- zamknij ryj Eliot! Jeśli mój plan wy...

*został zagłuszony*


Zoey- już robicie scenę... - nie wiem dlaczego to powiedziałam, ale cholernie tego żałuję...
Alexander wstał od stołu i zaczął iść w moją stronę. Co ja narobiłam... trzeba było siedzieć cicho.


Eliot *biegnąc zatrzymać Alexa*- Dominic pomóż mi!


Dominic poderwał się i zaczął odpychać mężczyznę próbującego mnie pobić. Wyglądało to na leciutkie użycie siły a skutek był taki, że Alexander z hukiem poleciał wprost na okno rozbijając szybę. Pomimo upadku po którym ja nie umiałabym się ruszyć umięśniony mężczyzna wstał w zadziwiającym tempie i zaczął biec w stronę Dominica. blondyn-Eliot wskoczył między nich i poleciał na ziemię. Chyba złamał rękę. Popatrzył się ma mnie smutnym, wołającym o pomoc wzrokiem. Chociaż w ogóle go nie znałam czułam się zobowiązana żeby mu pomóc i zawieść do szpitala. W końcu to ja to rozpętałam. Alexander popatrzył się w naszą stronę. Gdy zauważył złamanie otwarte (jak na moje oko) blondyna jego oczy jakby zmieniły kolor na czerwone. Już pewnie fantazjuję pod wpływem strachu. Teraz miał wzrok nie taki jakby chciał nas pobić, ale jakby chciał nas co najmniej zabić. Dominic rzucił się na niego.

Dominic- wyprowadź go! Jedźcie do szpitala! Wrócę tam!

Wzięłam chłopaka pod ramię i bez słowa wybiegliśmy.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nerwowo siedziałam przed salą szpitalną oczekując na wyniki badań. Nie wiem czego chciałam. Z jednej strony chciałam się wynieść, bo moim obowiązkiem było tylko zawieźć tu Eliota, a nie czekać na wyniki. Ale z drugiej strony muszę usłyszeć czy nic mu nie jest no i czekać na Dominica. Słyszałam tylko rozmowy lekarzy i pielęgniarek. Woń środków dezynfekujących oplatała cały szpital. Wszyscy chodzili w workowych butach. Denerwowałam się jak nigdy. Wolałam już chyba wrócić do ciotki. Drzwi wejściowe otworzyły się. Od razu odwróciłam głowę. W drzwiach pojawili się Dominic i Alexander. Razem! Serce mi mocniej zabiło. No to już jestem martwa...ten Alexander to jakiś psychol! Zamiast tego mężczyźni idący przez korytarz szczerzyli się do wszystkich jak gdyby nigdy nic.


Alexander- gdzie nasz wpół-martwy kolega?

Zoey- *odwróciłam się i chciałam zrobić obojętną, a zrobiłam żałosną minę.* w sali 115.
Chciałam mówić jak najmniej żeby w głosie nie było słychać nerwów i strachu... i żebym nie wybuchła.


Alexander- słuchaj, przepraszam za mój wczor...


 

 *zagłuszono go*


Pielęgniarka- możecie wejść. Tylko uważajcie, bo jego stan jest ciężki. Stracił dużo krwi. Wyjdzie za ok. tydzień.


Weszliśmy do sali. Była bardzo obskurna i prawie cała pomalowana na biało. Znajdowało się tam jedno puste łóżko z półeczką i jedno z Eliotem. Ledwo otworzył oczy, ale uśmiechnął się na nasz widok. Spojrzałam na Dominica, który też się uśmiechnął. Jego dołeczki w policzkach były cudowne. Zauważyłam że nie ma z nami Alexa. Gdzie on polazł? Znowu dostał tej swojej furii? Ehh...


Zoey- jak się czujesz?


Eliot- bywało gorzej *powiedział to ciągle utrzymując uśmiech na twarzy*


Zoey- przepraszam, że wtedy się wtrąciłam w waszą rozmowę *spuściłam wzrok* nie wiedziałam, że Alexande...

*Eliot przerwał w pół zdania*


Eliot- wiem co sobie teraz o nim myślisz ale spoko z niego gość...


Do sali wszedł Alexander... pięknie -,-


Eliot- o wilku mowa


Alex- wstawaj stary. Wypuszczają cię!


Zoey- co!? Lekarz mówił że za tydzień!


Alex- zmienił zdanie *posłał mi głupkowaty uśmiech.*


Eliot- w porządku. Na pewno tamten lekarz się pomylił *próbował zrobić minę świadczącą o tym, że jest w pełni sił*


Zoey- że co proszę?! Ja tutaj się zadręczam, że przeze mnie jesteś w szpitalu i nerwowo czekam na wyniki badań! I martwię się żeby tylko dowiedzieć się że nic Ci nie jest?


Eliot- ale spokojnie, nic mi ...

*kontynuowałam*


Zoey- wiem że się narzucam, ale to dla mnie ważne... nie chcę potem żyć ze świadomością że ktoś przeze mnie jest w szpitalu lub ma niepełnosprawność do końca życia!

Eliot- posłuchaj mnie! *cisza ; wszyscy umilkli. Dałam mu niemy znak że już go słucham* jak widać czuję się świetnie, a skoro mnie wypuszczają to znaczy że nic mi nie jest.


Byłam już na skraju wytrzymałości. Jak on mógł tak mówić? Ruszyłam w stronę wyjścia. Nagle zatrzymał mnie głos...


Eliot- poczekaj! Pójdziemy dziś o 19 razem na kolację? *uśmiechnęłam się, choć wcale tego nie chciałam. próbowałam być zła* świetnie! Masz tu adres 


Podał mi kartkę z jakimś adresem. No dobra... raz się żyje- Pomyślałam i wyszłam ze szpitala.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

WIEM, WIEM, NA RAZIE NUDNE XD MAM NADZIEJĘ ŻE MIMO TO CHĘTNIE PRZECZYTACIE KOLEJNY ROZDZIAŁ GDZIE PEWNIE BĘDZIE JUŻ JAKAŚ AKCJA. TAK WIĘC KOMENTUJCIE, OCENIAJCIE, HEJTUJCIE I CO TAM JESZCZE CHCECIE ;3